Światu daleko jeszcze do dystopijnych wizji globalnego upadku i chaosu, znanych z literatury i kinematografii lat 80., ale wydarzenia ostatnich dni bezsprzecznie dowodzą, że znana nam liberalna epoka, chwieje się w posadach.
Stany Zjednoczone pod wodzą Donalda Trumpa sojuszników traktują zamiennie, w zależności od „transakcji”, jaką zamierza przeprowadzić amerykański prezydent i jego otoczenie.
Do Rosji jesienią ma wybrać się szef FBI Kash Patel, zaufany Trumpa, który bronił go przed zarzutami o współpracę z Kremlem w trakcie kampanii w 2016 roku. Trump gotów jest wciąż pójść na duże ustępstwa wobec Rosji, byle mieć spokój w Europie i skupić się na arcyrywalu, którym są dla Amerykanów Chiny.
W epoce, gdzie coraz częściej liczy się prawo silniejszego, optymizm nadchodzi z Węgier. Peterowi Magyarowi, obecnemu premierowi, udało się doprowadzić do zmian w kraju i zmusić do odejścia nominowanego za rządów Fideszu prezydenta Tamasa Sulyoka.
Magyar wyznaczył nawet jego następczynię, ale zrobił to w fatalnym i dość autorytarnym stylu, który ściągnął na niego krytykę.
Premier przeprosił, a to – trzeba przyznać - w polityce jest rzadkością, bo postrzegane za słabość. Nowy kandydat ma mieć szeroki mandat społeczny i zostać wyłoniony w powszechnych konsultacjach. Wygląda na to, że demokracja liberalna na Węgrzech wbrew wieloletnim zabiegom Viktora Orbána wciąż ma się dobrze.