Po ponad 20 latach życia zawodowego niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć. Ale ostatnim odkryciem muszę się z Państwem podzielić.
Weszłam ostatnio na LinkedIna, największy zawodowy serwis społecznościowy, żeby, jak co dzień, poczuć się niewystarczająco produktywną wobec ludzi „z dumą informujących”, że właśnie zostali Dyrektorami ds. Strategicznego Rozwoju Czegoś Bardzo Ważnego.
Słowem wyjaśnienia: to miejsce, w którym wszyscy są nieustannie „podekscytowani nowymi wyzwaniami”, „wdzięczni za inspirującą podróż” i zawzięcie „rozwijają synergie”, choć z dużym prawdopodobieństwem przynajmniej połowa z nich siedzi właśnie na piątym z rzędu callu i marzy o ucieczce w Bieszczady. Albo chociaż o tym, żeby urwać się z pracy godzinę wcześniej.
I dokładnie tam, pomiędzy „ekscytującą transformacją biznesową” a kolejnym „nowym etapem zawodowej drogi”, znalazłam ofertę pracy u Eriki Lust, szwedzkiej reżyserki femiporno. Stanowisko: „Pleasure Critic”.
Tak, dobrze Państwo czytają. Człowiek ma oglądać filmy erotyczne i recenzować chemię między bohaterami, napięcie seksualne oraz wiarygodność pocałunków. Trochę Cannes. Trochę Netflixa. Trochę porno i trochę HR-u.
Nie wiem, co bardziej mnie zaskoczyło - sam fakt istnienia tej oferty czy to, że została napisana bardziej intrygująco niż połowa ogłoszeń dużych korporacji.
Osoba na tym stanowisku powinna m.in. umieć odróżnić scenę naprawdę seksowną od takiej, która rozpaczliwie próbuje nią być. I przynajmniej raz podczas oglądania mieć refleksję z gatunku: „świetny kadr, ale dlaczego oni uprawiają seks akurat na tej okropnej sofie?”. Mile widziane jest również docenianie „slow burn”, czyli napięcia budowanego powoli i metodycznie, zamiast typowego dla porno: „dzień dobry, jesteśmy sobie przeznaczeni, zdejmuj spodnie”.
Jeszcze kilka lat temu pornografia ukrywała się gdzieś pomiędzy wyskakującym na ekranie wirusem a folderem „ważne dokumenty”. Dziś ma dział marketingu, employer branding i rekrutuje przez LinkedIna.
Pierwsza reakcja? Coś pomiędzy konsternacją a bardzo niepokojącą fascynacją. Taki moment, kiedy człowiek nagle orientuje się, że świat zmienił się trochę bardziej, niż mu się wydawało.
Bo prawda jest taka, że erotyka bardzo się zmieniła. Zwłaszcza ta skierowana do kobiet.
Przez lata dostawałyśmy porno robione pod męski sposób przeżywania seksualności. Szybkie. Mechaniczne. Wizualne. Często przypominające bardziej instrukcję montażu szafki z Ikei niż scenę pożądania. Kobiety były w nim dodatkiem do męskiej fantazji, a nie jej pełnoprawnym centrum.
Oczywiście część kobiet świetnie się w takim porno odnajduje i nie ma w tym nic złego. Ale równolegle okazało się, że ogromna grupa najwyraźniej potrzebuje od erotyki czegoś więcej.
Kanadyjska seksuolożka Meredith Chivers od lat bada reakcje kobiet i mężczyzn na bodźce erotyczne, a wyniki tych badań sporo namieszały w świecie stereotypów.
Mężczyźni reagują zwykle bardziej selektywnie i wizualnie. Kobiece pobudzenie znacznie częściej zależy od kontekstu, napięcia, emocji, relacji między bohaterami i atmosfery. Krótko mówiąc: dla wielu kobiet erotyka zaczyna się dużo wcześniej niż od widoku nagiego ciała.
I może właśnie dlatego internet zalała fala erotycznych audiobooków, romantasy, czyli modnych dziś romansowo-erotycznych fantasy, podcastów i seriali, w których napięcie seksualne buduje się tygodniami, a bohaterowie przez pół sezonu ledwo muskają się dłonią. Aplikacje z erotycznym audio, takie jak Dipsea czy Quinn, z niszowej ciekawostki wyrosły dziś na wielomilionowy biznes.
I nagle okazało się coś bardzo niewygodnego. Że kobiety wcale nie interesują się erotyką mniej niż mężczyźni. Być może przez lata po prostu dostawały produkt projektowany głównie pod męski mózg.
W badaniu przeprowadzonym wśród użytkowniczek platformy Quinn aż 70 proc. badanych deklaruje, że klasyczne porno jest dla nich zbyt mechaniczne lub emocjonalnie puste. Erika Lust zrozumiała to szybciej niż większość rynku i zrobiła z tego nie tylko biznes, ale też produkt kulturowy, pokazując erotykę bardziej z perspektywy emocji, napięcia i fantazji niż samej mechaniki seksu. Jej erotyka ma narrację, estetykę i dobrze napisanych bohaterów.
A kobiety najwyraźniej były na to dużo bardziej gotowe niż świat przypuszczał. Esther Perel, terapeutka par i autorka bestsellerów o pożądaniu, od lat powtarza, że największym organem seksualnym człowieka nie są genitalia, tylko mózg. I chyba współczesna erotyka zaczęła to wreszcie rozumieć.
Bo kobiece fantasy bardzo często nie opiera się wyłącznie na samym seksie, tylko na napięciu. Antycypacji. Chemii. Byciu widzianą. Atmosferze. Na tym wszystkim, co dzieje się przed. Współczesny seks mówi dziś językiem psychologii. Erotyka mówi językiem wellness. Pornografia mówi językiem kultury i self-care.
A wracając do samego ogłoszenia - oczywiście, że zaaplikowałam i teraz czekam na odpowiedź. Nieskromnie uważam, że po tylu latach analizowania relacji damsko-męskich mam już chyba całkiem solidne kompetencje miękkie.