Armagedon w Moskwie. W Warszawie też trudna sytuacja
– Piękny widok dziś od rana – zagadnął mnie wczoraj znajomy ukraiński aktywista. – Moskwa płonie… – rozmarzył się. Największy od początku wojny ukraiński atak na Moskwę (nie, to nie pomyłka, to nie największy atak Rosji na Kijów, ale największy atak ukraińskich wojsk – ponoć 200 dronów – na stolicę Rosji) był odpowiedzią na wcześniejsze rakiety, które Kreml wysłał na jedno z najświętszych miejsc prawosławia, czyli Ławrę Peczerską.
Ale tu nie idzie wyłącznie o symbol. Atak m.in. na rafinerię Kapotnia, która przerabiała niemal połowę paliwa dla Moskwy wywołał „czarny deszcz”. Z nieba spadały krople przypominające czarny olej, a także pyły z gęstych dymów, które zasnuły niebo nad miastem. Ale prawdziwe problemy zaczęły się dzień później. „Paliwowy armagedon w Moskwie” – opisuje sytuację w stolicy Rosji Iwona Trusewicz. „Jeden z pocisków przechwytujących nie trafił w drona, ale uderzył w magazyn ropy w moskiewskiej rafinerii. Na stacjach benzynowych stolicy Rosji formują się gigantyczne kolejki” – czytamy.
W Warszawie nie ma kolejek na stacjach benzynowych, ani niedoboru paliw. Są za to kolejki do lekarzy. Ale nie dla działaczy Koalicji Obywatelskiej. Pytanie, czy o procederze, który od kilku dni opisują media, wiedział prezydent miasta Rafał Trzaskowski, który chce wymienić władze Szpitala Południowego, który miał być wielkim sukcesem warszawskiego samorządu, a właśnie stał się jego największym problemem. Jak twierdzi Jacek Nizinkiewicz, premier Tusk ma mieć listę działaczy partyjnych, którzy korzystali z opieki medycznej na specjalnych zasadach.